piątek, 23 maja 2014

II - Dzień dobry, jestem Łemkiem.


-Ej.. Ale coś tu jest nie halo.- odezwał się Adam.-Dlaczego znam tylko twoje imię?- zwrócił się do Dagmary
-Bo nie pytałeś?- spytała tak jakby to było oczywiste
-To teraz pytam. Opowiedzcie coś o sobie… Bo tak jakoś dziwnie. Znac tylko wasze imiona, a pic z wami piwo. Ciebie Wiki też się to tyczy.-Pogroził jej palcem
-Mnie? Mało o mnie wiecie?
-MAŁO!- potwierdzili chórem
-To, która zaczyna?- odezwała się zrezygnowana Dagmara
-Możesz ty.
-No to zaczynaj.- puściła oko do blondynki, a ta chciała zaprotestować, ale wiedziała, że nie ma to sensu.
-To co chcecie wiedzieć?
--Wszystko.-powiedział Andrzej z chytrym uśmieszkiem.
-Rodzina, życie, wszystko?
-Wszystko.- potwierdzili znowu chórem
-Dobra, dobra już mówię. Nazywam się Wiktoria Bernat, w tym roku kończę 20 lat, jestem współwłaścicielką tego o to baru, obecnie mieszkam w Warszawie.
-Jak w Wesołowskiej.- zauważył Andrzej
-Sąd nie udzielił głosu.- zażartował Igor-Kontynuuj. Co wiesz o tej sprawie?
-Wiem tylko tyle, że ta pani, ta blondynka urodziła się w Chocianowie i tam mieszkała pierwsze 4 lata. Matka była Niemką, ojciec Lemkiem. Mój ojciec był chory na raka, dla tego wiedział, że nie zdąży mi opowiedzieć o rodzinnym mieście.  Zapisał więc to wszystko, o Łemkach, Łemkowynie, o wszystkim napisał w mały notatniku. Zostawił mi też zdjęcia, różne filmy. Po jego śmierci mama pokłóciła się z rodziną z tamtych stron na tyle, że musieliśmy wyjechać do Niemiec. Moja matka ma to do siebie, że ze wszystkimi się kłóci więc i z Niemiec nas „wygnali” i zamieszkaliśmy w Gdańsku. Potem jednak i ze mną się posprzeczała więc wyprowadziłam się do ciotki do Warszawy. Z dzieciństwa pamiętam tylko piesze wycieczki po okolicach. Od kłótni mojej matki nigdy nie kontaktowałam się z rodziną taty. Raz jak tam pojechałam na cmentarz z matką zostałyśmy. Lekko mówiąc zbluzgane.  No, ale mniejsza z tym! Po prostu nigdy tam więcej nie byłam, bo nie byłam tam mile widziana. Chociaż coraz częściej tęsknie za tamtymi stronami i pragnę jechać tam znowu. Z Dagą poznałyśmy się na studiach, ale ja ich nawet nie skończyłam. Jestem na Studiach literacko-artystyczne. Tak jakoś to mi lepiej idzie. Mimo, że jestem na takim kierunku prowadzę bar. Głupie, ale jednak.  W wolnym czasie grywam na gitarce albo piszę. No i lubię czasami… częściej niż czasami zapalić.
-Oj nie owijaj w bawełnę! Masz od tego uzależnienie.-wybuchła Dagmara
-Sąd nie dał ci głosu. Może i mam, ale jak widać teraz nie palę. Przynajmniej nie jestem alkoholikiem. Dobra nic nie mówiłam. No to chyba tyle.
-No to Dagmara czas na ciebie.- odezwał się ewidentnie zaciekawiony Igor
-Urodziłam się w Gdańsku, dlatego od dziecka przepadam za wycieczkami nad morze. Żałuję, że rok po moich narodzinach moi rodzice postanowili się przeprowadzić bliżej centrum kraju. I jestem w wieku Wiki, choć pewnie wyglądam starzej. Wychował mnie ojciec. Matka odeszła tuż po moich piątych urodzinach, słabo ją pamiętam. Często zmienialiśmy miejsce zamieszkania, przez pracę taty. Był jazzmenem, teraz uczy w szkole muzycznej. Trochę mnie podszkolił, ale i tak to nie dla mnie... Kocham muzykę, ale nie umiem jej grać tak, jakbym chciała. Ale lubiłam śpiewać, nawet bardzo. To minęło, odkąd poszłam na studia. Wiki trochę przekonywała mnie, żebym wróciła, ale jakoś wątpię w swoje "możliwości". Jestem po szkole muzycznej, robiłam kilka kursów, dlatego pracuję jako barmanka. Na studiach wybrałam zarządzanie i biznes, trochę na złość tacie. Bar to dla mnie wszystko, choć moja rodzina tego nie rozumie. Hobby? Taniec. To dla mnie środek artystyczny, dzięki któremu mogę wyrazić siebie. Okazjonalnie palę, ale tylko w chwilach wielkiego stresu. Uwielbiam tai-chi. I często imprezuję z Wiki!
-A mieszkacie razem?- zapytał ponownie blondyn
-Nie, ale Daga mieszka dosłownie pode mną.
-To ciekawie macie.
-No nie do końca. Jakby ci o 5 rano ktoś walił w drzwi, otwierasz, a tutaj Wiki ze spaloną suszarką na kolanach błaga cie o pożyczenie twojej to tak z jednej strony się śmiejesz, a z drugiej masz ochotę kopnąć ja w tyłek i iść dalej spać.
-No, ale przecież to była najważniejsza rzecz dla kobiety! Trzeba jej w tedy pomoc.- powiedział ironicznie blondyn
-Wiesz Igor ty do mnie po keczup leciałeś dwa bloki dalej więc…- wtrącił Adam teatralnie unosząc brwi
-Oj cicho!
-Adam opowiedz coś jeszcze.-Dagmara przysunęła się bliżej bruneta i spojrzała wrednie na blondyna
-Z chęcią. Pamiętasz jak ściągałeś mnie ze złotych, bo zaciąłeś się w łazience? OOO albo jak skończył ci się papier!- Adam zaczął opowiadać śmieszne i upokarzające historie Igora, a po nim pałeczkę przejął Andrzej. Po kilku minutach zauważył, że Wiktoria była dziwnie… nieobecna. Gdy odeszła od nich pod pretekstem „muszę do łazienki” nie mógł jej tego tak zostawić. Wiedział tak naprawdę gdzie poszła.
Za barem skręcił w lewo i się nie mylił. Siedziała skulona w tym samym miejscu gdzie on parę miesięcy temu przygrywał początek „Litaj ptaszko”. Po cichu podszedł do niej i usiadł obok. Nawet nie drgnęła, nic nie mówiła. Słyszał tylko jej płytki i szybki oddech. Spojrzał na nią i zobaczył pojedyncze łzy cieknące po jej policzku. Patrzyła daleko przed siebie, w jej ochach Adam dostrzegł ból. Już miał się odezwać gdy ona wyszeptała.
-Tak bardzo za tym tęsknię.-kolejna łza została uwolniona zza powieki. Adam przysunął się do niej i objął ją ramieniem. – Tak dziwnie jest słuchać waszych opowieści o tamtych stronach, wszystko to jest dla mnie takie… obce. Mam tam rodzinę, mam tam kuzynów, babcie… A przez jej błędy muszę cierpieć. Tak bardzo chce tam jechać, poczuć wreszcie jak tam jest.
-Ej… Przecież możesz jechać z nami. Już ci to mówiłem.-wyszeptał spokojnie głaszcząc jej włosy
-Wiem, ale… Jeśli oni znowu mnie zbluzgają? Jeśli znowu wrócą błędy mojej matki?
-Nie zbluzgają. Ty jesteś Bogu ducha winna w tej sprawie. W razie czego my ci pomożemy.
-I tak się boję.- wyszeptała prawie płacząc. Adam od razu mocniej ją objął i zaczął ją cichym szeptem uspokajać. –Wiesz dlaczego wtedy poszłam do ciebie? Tutaj na molo?
-Dlaczego?
-Jak siedziałeś tutaj… Z gitarą… Przypomniał mi się tata. Pamiętam bardzo dobrze jak zabierał mnie nad strumyk, siadał nad brzegiem i mi śpiewał. Nie znałam wtedy Łemkowskiego więc śpiewał mi po polsku…- wyszeptała, wzięła głęboki oddech i zaczęło cichutko śpiewać.-
„ Nie spodziewaj się miła, że będę gdy zechcesz mnie mieć
Ciąży na mnie zła siła, zasypiam gdzie dorwie mnie sen
Lecz odłóżmy w niepamięć przewiny i żale i złość
Niech nam będzie wspaniale, zabiorę cię z sobą gdzie bądź

Kiedyś nie dane nam będzie miła
Patrzeć na siebie bez cienia zła
Będziesz codziennie ostrożniej żyła
Póki co całą słodycz gwiazd tobie dam” Tą samą piosenkę podobno śpiewał mojej mamie gdy odchodził.- przerwała, poprawiła się w objęciach i wytarła łzy. Adam przez spokojnie wsłuchiwał się w pieśń. Wiedział, że teraz nie potrzeba niczego komentować. –Przepraszam.
-Za co?
-Że się tak rozkleiłam…
-Oj przestań. Każdemu się przecież zdarza. Nie można ciągle udawać, że jest się głazem.
-Ja już za długo udawałam. Wiesz co… Chyba już się pozbierałam. Może wróćmy do nas, bo padną podejrzenia.- zaśmiała się i powoli zaczęli wstawać
-I tak padną…- westchnął brunet i pomógł wstać Wiktorii, razem poszli do przyjaciół udając, że nic się nie działo. Gdy wszystko już posprzątali Igor pojechał z Andrzejem, a Adam odprowadził dziewczyny pod blok. Jako, że Dagmara mieszka piętro niżej, Horoszczak został z Wiki sam na sam.
-No to… Do kiedyś tam.- powiedziała na pożegnanie stojąc przed nim, a on tylko patrzył się na nią w skupieniu z delikatnym uśmiechem.- Czemu się uśmiechasz?
-A czemu nie?- Podszedł bliżej i spojrzał jej w oczy. Pochylił się powoli niżej. Wiktoria patrzyła na niego nieco zdezorientowana, ale nie protestowała. Teraz ich twarze dzieliły jedynie milimetry. Adam spojrzał jeszcze raz na nią, była zamieszana. W jej oczach istniał promyczek namiętności, jeden mały promyczek, który upewnił go, że może to zrobić. Pokonał niewidzialną barierę dzielącą ich ciała. Zatopił się w jej ustach. Lekko, delikatnie. Chciał jej tylko zrobić małego smaka, ale to uczucie, uczucie beztroskiego zakochania zamiotło go do granic możliwości. Miało to trwać sekundę, ale smak jej ust, tych ust, które są obecnie w jego posiadaniu był za piękny. Miała taki piękny, słodki smak i takie miękkie, ciepłe wargi. Na ziemię sprowadziło go wibrowanie telefonu w kieszeni. Oderwał się od niej, ale nie wysoko. Ledwie kilka milimetrów, spojrzeli sobie jeszcze raz w oczy. Miała taki piękny odcień zieleni, jak trawa na wiosnę. Uśmiechnął się jeszcze raz i niemo się z nią pożegnał. Nim zdążyła się odezwać on już zbiegł po schodach do wyjścia. Zostawił ją pełną mieszanych uczuć, bijącą się w duszy. Udało jej się na tyle pozbierać, by wejść do mieszkania i rzucić się na kanapę. Nie musiała długo czekać na sen. Morfeusz był dla niej bardzo łaskawy i po chwili przyszedł z bardzo romantycznym snem, którego bohaterem był nikt inny jak brunet z Przemkowa, którego usta smakują lepiej niż tysiąca innych Warszawiaków.
__
Obudziło ją głośne pukanie do drzwi, a raczej walenie. Zaspana wstała z sofy i sprawdziła przyczynę hałasu. W wejściu stała uśmiechnięta od ucha do ucha Dagmara. Jak tylko otworzyły się drzwi, ta wbiegła do mieszkania i rzuciła się na kanapę. Gdy Wiktoria zdążyła zamknąć drzwi i spojrzeć w stronę salonu, brunetki już tam nie było. Siedziała na blacie w kuchni i czekała na kawę z ekspresu.
-Co ty…0 zaczęła blondynka, ale Dagmara nie dała jej dokończyć, bo już rzuciła się na nią z kamiennym uściskiem.
-Ty farciaro! Opowiadaj!
-Ale.. CO?!- wydusiła
-Jak to co? Chyba nie będziesz mi mówić, że wtedy w barze nic się nie działo!- puściła ją i zadowolona wzięła swoją kawę i usiadła ponownie na sofie.
-A co miało się wydarzyć?- spytała rozbawiona zaistniałą sytuacją. Usiadła na fotelu i okryła się kocem. Podejrzewała, że przyjaciółka będzie miała jakieś domysły, ale nie spodziewała się, że aż tak się podekscytuje.
-Jak to co? Tańczyłaś z nim, potem zniknęliście i co? Kozy doiliście?!
-No… Nie…
-No właśnie!
-Ale… Nic się nie działo!- uśmiechnęła się zdumiona zachowaniem Dagi. Domyślała się tylko jakie ona mogła mieć wizję wczorajszego wspólnego dnia. Co prawda wieczorem się pocałowali, ale nie musiała jej o tym od razu mówić.
-I ja mam w to uwierzyć? Gołąbki zakochane i taki niewinne? HA! Nie nabierzesz mnie!
-No, ale co mam ci powiedzieć?- Wiktorie zaczęło już denerwować zachowanie przyjaciółki.- Że się rozkleiłam, a on mnie pocieszał? Jeśli o to ci chodzi to proszę. Stało się.
-Co?- Dagmarze uśmiech znikł równie szybko jak blondynce.
-To. Nie wytrzymałam i wybuchłam, a on akurat przyszedł.
-Wiki… Mam nadzieję, że…
-Że co?! Że się nie pocięłam, że nie wzięłam leków? Nie. Powstrzymałam się.- Wiktoria poszła wściekła do kuchnia i wróciła do salonu z nieużywana żyletką i tubką leków uspokajających. Rzuciła je brunetce, a ta wysypała tabletki i zaczęła je liczyć poczym odetchnęła z ulgą.
-Wiki. Musisz zrozumieć, że to dla twojego dobra.
-Tak, tak. Powtarzasz się. Co się zdenerwuje musisz mnie sprawdzać i wygłaszać swój nudny monolog.
-Przykro mi, ale czy mam ci zmyć fluid z ręki żebyś sobie przypomniała co się z tobą działo? O nogach nie wspomnę!
-Nie nie musisz. Codziennie widzę to pod prysznicem…
-No właśnie… Dobra. Nie po to tu przyszłam. Dzisiaj Arek z Bartkiem przejmą bar więc mamy wolne. Co robimy??
-A na co masz ochotę?
-Zakupy?
-I kino?
-Spa?
-I kino?
-Kinoo??
-I zakupy??
-I spa??
-I to ja rozumiem!!!- wybuchły śmiechem i razem zaczęły się szykować do wyjścia.

1 komentarz:

  1. Końcówka opowiadania mega mnie wzruszyła :) Wiedziałam, że dla Wiki to wszystko było takie trudne, ale słowo daję, myślałam ,że jest głazem,a tu się okazuje, że kiedyś się cięła i zażywała te tabletki. A ten pocałunek...Prawie się popłakałam :) Ogólnie całe opowiadanie jest świetne!

    OdpowiedzUsuń