wtorek, 16 grudnia 2014

XI "Save me."

Po ogromnie długiej nieobecności wracam. Nie będę dodawała bardzo często, ale na pewno będę :) Przepraszam, za krótki opis pobytu w Turcji, lecz nie jestem w stanie opowiadać o czymś o czym nie mam pojęcia ;c Lekko mnie to przerosło, więc uznałam, że lepiej przejść dalej niż się męczyć. Mam kilka informacji, zapraszam po pierwsze tych co tam jeszcze nie ma na grupę! https://www.facebook.com/groups/1473573299532523
Od tej chwili również "LITAJ PTASZKO" znajdziecie na Wattpad.com gdzie również znajdą się inne moje prace. Liczę na dużą liczbę odsłon i komentarzy, wierzę, że się stęskniliście. Zostawiam was z tym o to krótkim rozdziałem, liczę na wyrozumiałość, cierpliwość i komentarze, które motywują do dalszego pisania! :)
____

Pobyt zakochanej par w Turcji minął dość szybko. Pogoda z lekka zawiodła, lecz oni cieszyli się samą swoją obecnością. Mimo to dziewczyna nie miała nigdy szansy na włożenie swojej seksownej niespodzianki dla Horoszczaka. Jednak postanowiła sobie, że pokaże mu ją zaraz po powrocie.  Adam był dosyć zapracowano więc w czasie gdy ten zmykał na kilka godzin uczyć, Wiki spacerowała po mieście. Była zachwycona pięknem tego kraju, chociaż nie tego zawsze pragnęła, cieszyła się, że w ogóle miała możliwość wyjazdu poza Polskę. Nienawidziła tego uczucia, że przez problemy finansowe czy rodzinne nie mogła wyjeżdżać poza granicę, czuła się przez to niczym więzień. Kochała Polskę, cieszyła się, że w niej mieszka jednak nie mogła znieść ograniczeń. Taki mały fetysz z dzieciństwa.

            Po powrocie do kraju Adam był wyczerpany. Już podczas lotu był nieobecny myślami i choć oczy miał otwarte, dziewczyna wiedziała, że jego umysł śpi. Wychodząc z lotniska dziewczyna złapała taksówkę i razem pojechali do jego domu. Nie chciała wracać do siebie, bała się tego co może ją spotkać. Sama myśl, że wróciła do Polski ją przerażała. W Turcji czuła się wolna, wolna od przeszłości, od teraźniejszości i niepewnej przyszłości, wolna od prześladowań, od chorej psychicznie matki i okrutnego ojczyma. Była szczęśliwa.

 Adam lekko zdezorientowany wysiadł z taksówki gdy ta tylko się zatrzymała i wyjął walizki. Wiki złapała się mocno jego ramienia i spuściła wzrok w ziemię.  Mężczyzna już dawno nie widział jej takiej przygnębionej i gdyby nie widok ulicznych meneli pewnie dalej zastanawiałby się czemu. Mocniej uścisnął jej rękę, a gdy ta spojrzała na niego odruchowo, ciepło się uśmiechnął.

-Nic się nie martw.- szepnął jej do ucha i delikatnie je pocałował.

Gdy tylko dotarli przed drzwi mieszkania dziewczynę przeszedł dreszcz. Odruchowo wciągnęła głośno powietrze i w chwili gdy Adam otwierał drzwi, usztywniła wszystkie swoje mięśnie. Jednak była pozytywnie zaskoczona, w mieszkaniu był ład, porządek i cisza. Czyli jeszcze go nie znalazł- pomyślała i uśmiechnęła się na tę myśl.  Spokojna na duszy weszła do środka i zdjęła szybko swój płaszcz. Zabrała od mężczyzny walizki i pobiegła szybko z nimi do sypialni. Położyła je w kącie pod szafą i pobiegła do mężczyzny, który właśnie zdejmował buty. Rzuciła się na jego plecy i zapiszczała zadowolona.

-A co cie ugryzło?- zaśmiał się, łapiąc dziewczynę za nadgarstki i kręcąc się w kółko przez co blondynka jeszcze mocniej zaczęła się śmiać.

-Tęskniłam za tym miejscem.- skłamała i pocałowała go w kark gdy ten ją w końcu puścił. Pod wpływem jej dotyku, przez ciało mężczyzny przeszedł przyjemny dreszczyk jednak jego umysł był zbyt zmęczony by o tym myśleć. Wiktoria jakby czytała w jego myślach wyszeptała

-No dobra, idź już spać.

-Kocham cię.- odpowiedział i pocałował ja namiętnie w usta po czym poszedł się położyć. Nie miał siły na nic, więc rzucił się na łóżko w ubrani i już po kilku minutach zasnął.





Dziewczyna zmęczona siedziała na balkonie i patrzyła w przestrzeń. W słuchawkach leciała piosenka Dawida Podsiadło „Nieznajomy”, a w jej dłoni spoczywał długopis. Na kolanach trzymała zeszyt, w którym zapisała kolejną powieść*.


            Pewnego dnia w krainie Rzeczywistej szarości urodziła się dziewczynka. Nazwano ją Maja. Żyło jej się dobrze, miała to co chciała, niczego jej nie brakowało, ale nie żyła w luksusie ! Do czasu. Po jej 9 urodzinach jej piękny świat zaczął się sypać. Wpierw znajomi od niej odeszli, później jej tatuś chciał się zabić. W noc przełomową, gdy świat rzeczywisty łamałam się ze światem Bezgranicznej wyobraźni jej mama przez kłótnię z tatą złamała barierę. 3 miesiące później, a miesiąc po 10. urodzinach Mai jej tata został porwany do krainy Bezgranicznej. Zaczęły się schody. Bariera dwóch światów zabrała ze sobą ofiarę, więc mogła się już zamknąć. Maja została sama z mamą. Rodzicielka dziewczynki płakała, na miejscu jej łez z zielonej trawy robiła się martwa, zimna ziemia. Drzewa dookoła umierały. Razem z nimi, umarła i matka, gdyż nie mogła pozbierać się po utracie swego ukochanego. Maja została sama. Miała dopiero 13 lat gdy zdecydowała, że rezygnuje z życia w Mieście Ludzkim i uciekła do Lasu Podróżnych. Chciała naprawić chociaż tam to co zrobiła jej matka. Jej ciało pochowała w jeziorze, na pięknej łajbie. Ziemię pielęgnowała, drzewa również, modliła się do Boga Życiodajnego by odwrócił ból matki w wieczny jej spokój. Tak co dnia. Życie Mai przemijało, czas nie cofał się, jej młodość i uroda ulatywały z każdym dniem. Wybił dzień jej urodzin. Jej 18. urodzin. Maja już nie miała tyle siły, wyczerpana życiem, pracą i samotnością spoczęła pod wielkim dębem gdy ujrzała ponownie swego ojca, lecz nie żywego. _Maju. Dajże spokój.- zaczął- To co tutaj się stało nie zniknie, to co było nie powróci. Łzy twej mamy pochłonęły życie z tych roślin. Świat kolorowy bez twej matki nie istnieje. Kraina Rzeczywistej Szarości dopiero teraz pozna co oznacza jej nazwa. Nic z tym nie zrobisz. Nie marnuj swego życia. Zmarnowałem Ci jego cześć, nie marnuj sobie przeze mnie reszty ! Wróć do Miasta. Tam jeszcze jest nadzieja dla ciebie ! Nadzieja na zmiany ! Lecz uważaj, to już nie to Miasto co znałaś ! Na do widzenia mogę ci powiedzieć tylko jedno słowo. Wybacz.- powiedział już szeptem, zawiał wiatr i jego ciało rozwiało się wokół Starego Dębu. Wtedy Maja zrozumiała, że siedziała pod Dębem Dusz. Dlatego jej ojciec wyszedł do niej. To nie był przypadek. Zgodnie z poleceniem ojca zabrała zioła i suknie i ruszyła do miasta, lecz to co tam zastała przeraziło ją bardziej niż mogła sobie wyobrazić !

Weszła do miasta uboga, rozwiane jej włosy były rude i nieuczesane. Na sobie miała jedynie zwiewną suknię i pantofelki z trawy, na ramieniu miała torbę, w której miała cały swój dobytek. Wchodząc do miasta pierwsze co poczuła to smród. SMRÓD tak wielki, że nie mogła tam wejść nie zasłaniając ust. Pozostawiając to Miasto było ono czyste, kolorowe, wesołe, pełne pięknych drewnianych chat, uliczkami przejeżdżały bryczki, ludzie często podróżowali wierzchem. Wieczorem zapalano świeczki, ludzie byli wiecznie uśmiechnięci. Teraz widziała wielkie szklane budynki, dziwne, twarde ulice, głośne kosmiczne pojazdy, Wszędzie paliły się diabelskie lampy ! Najbardziej jednak przerazili ją ludzie ! Wcześniej byli jak ona, naturalni, zadowoleni. Teraz jeden człowiek był smutny, chudy, ubrany jakby żył w chlewie, drugi zaś jak Bóg Życiodajny ! Lecz uśmieszek miał złośliwy patrząc na żałosnego biedaka. Na każdym kroku Maja wyczuwała nienawiść. Nienawiść dwóch osób. Ojciec jej rzekł, że tutaj są nadzieje na zmiany. Maja tej nadziei nie widziała. Szła przerażona ulicą, bała się nowości i ludzi. Bałą się hałasu. Ludzie patrzeli na nią jak na Demona. Maja tego nie rozumiała. Szła patrząc w dookoła na otaczające ją istoty, bała się o nich powiedzieć ludzie, bo nie wiedziała czy to na pewno oni. Ktoś podłożył jej nogę, a ona upadła na kolana i łokcie. Z rąk polała się krew. Błękitna krew. Jedni spojrzeli na to jak na coś niewyobrażalnego, drudzy tylko się śmieli. Maja przerażona jeszcze bardziej złapała się za ranę i zaczęła uciekać w głąb miasta. Biegła płacząc, ze smutku i bólu, gdy nagle wpadła na kogoś. Spojrzała przed siebie i ujrzała wielkie ramiona. Przestraszona odskoczyła, ale właściciel ramion chwycił ją za zranioną dłoń i zaczął coś szeptać. Spojrzała nieco wyżej i ujrzała piękną, nieskazitelną twarz. Właściciel ramion miał brunatne, krótkie włosy, lekki zarost, idealny nos, szerokie usta i kościstą, lecz mimo to piękną budowę twarzy. Najbardziej jednak uwiodły ją oczy. Jaskrawe, błękitne jak ocean, a jednak kryło się w nich coś mrocznego, tajemniczego coś... seksownego. Patrzyły na nią teraz ze zdziwieniem i troską zarazem. Dopiero gdy poczuła ponownie ból tylko mocniejszy wróciła do realnego świata.

-Co ci się stało ?- mówił cicho i spokojnie trzymając dalej jej ranną rękę.

-Ja... Ktoś mi... Upadłam.- powiedziała niepewnie, cichym, lękliwym głosikiem. Czuła się jak jaskółka w klatce.

 -Upadłaś ? Tak po prostu ? Przecież widzę, że masz wbite w rękę szkło, jesteś przerażona, cała się trzęsiesz. Co się stało ?

 -Nic... Ja tylko...-Nie wiedziała co powiedzieć. Nie umiała przyznać, ze ktoś zrobił jej to specjalnie.- Upadłam.

 -Ehh...-westchnął tylko i spojrzał na nią ewidentnie zmieszany.- No dobrze. Nich ci będzie, ale i tak ktoś musi ci to opatrzec.- czekał na odpowiedź, lecz Maja nie widziała co odpowiedzieć, spojrzała tylko smutno na ziemię, mężczyzna najwyraźniej zrozumiał o co jej chodziło. Bynajmniej po części.- Okej, chodź ze mną. Ruszyli razem przez wielkie Miasto.

Teraz Maja było już mniej zlękniona. Dopiero teraz poczuła ten mały promyk nadziei na uratowanie Rzeczywistej Szarości.

Dopiero po kilku minutach zrozumiała, że to o nim piszę. To on był tym, który ją uratował. Wiedziała też, że to on ją uratuje przed jej ojczymem. Nawet jeśli ona będzie to ukrywać, on i tak się o tym dowie. Wierzy też, że jej pomoże. Boi się tylko za jaką cenę. Teraz jednak wiedziała, że nie musi się już bać świata, bo wie, że z nim, z Adamem uda jej się pokonać wszystkie przeciwieństwa losu. Nie wierzyła, że po śmierci jej ojca kiedykolwiek zazna tego uczucia, uczucia bezpieczeństwa. Nawet nie zauważyła gdy porwał ją Morfeusz.


* Opowiadanie jest mojego autorstwa więc zakazuje jego kopiowania i wykorzystywania w jakimkolwiek celu bez mojej wiedzy i zgody.

wtorek, 9 września 2014

X "Śniadanie do łóżka"



                Poranne słońce wypuściło swoje promienie prosto na gołe ciało dziewczyny. Wietrzyk z otwartego balkonu zmusił ją do pobudki, więc wstała zniechęcona i okryła swojego chłopaka kocem, raz jeszcze spojrzała na jego piękną twarz i ruszyła do kuchni. Wstawiła wodę na gaz i wyjęła dwa kubki. Dwie łyżki dla Adama, jedna dla niej. Wiedziała, że po wczorajszym dniu będzie potrzebował chociaż trochę kofeiny. Otworzyła lodówkę i wyjęła cztery jajka, kolejne słabości mężczyzny, jajecznica o poranku. Dzisiaj chciała zrobić mu dzień święty, dogadzać, aż mu wyjdzie to po dziurki w nosie. Pokroiła kiełbasę w kostkę, tak samo pomidory, troszkę cebuli, szczypiorek i bazylia, wstawiła patelnię na gaz i polała oliwą. Gdy już patelnia była rozgrzana, dodała wszystkie dodatki i poczekała, aż będą gotowe. W tym czasie zalała kawę i dodała odrobinę cukru.  Na końcu dodała jajka i położyła gotowe śniadanie na desce. W jedną rękę wzięła kawę w drugą deskę i ruszyła do pokoju. Cichutko zapukała i łokciem otworzyła drzwi.



-Dzień dobry.- wyszeptała i położyła śniadanie na stoliku nocnym, a sama usiadła na łóżku. Pocałowała mężczyznę w odsłonięty obojczyk i ponownie szepnęła- Wstawaj kochanie.



Mężczyzna uchylił jedną powiekę, jasność momentalnie go oślepiła, ale poznał ten zapach. Odsunął się w bok i przeciągnął na łóżku.



-A z jakiej to okazji?



-Z miłości.- uśmiechnęła się i pocałowała jego plecy.- Zaraz wracam idę się ubrać.



Adam szybko zabrał się za swoją ulubioną potrawę o poranku, popijając ją co chwilę kawą. Dziewczyna wyszła po dłuższej chwili z łazienki ubrana w czarne rurki, biały tshirt i czarny sweter. Włosy upięła w ciasny kok a za sobą ciągnęła walizkę.



-Uciekasz?- spytał zdezorientowany.



-Idę się spakować i zaraz wracam.



-Ah no tak! Długo ci to zajmie?



-Myślę, że za godzinkę będę.



-Tak długo?



-No niestety, ale od jutra 14 dni będziemy razem.



-I to ja rozumiem! - zawołał zadowolony i wypił ostatni łyk kawy.- A to - wskazał na patelnię- rekompensata?



-To dopiero początek.



            Dziewczyna zostawiła go samego z wieloma niewiadomymi i poszła do swojego mieszkania, ciepły wiatr o poranku i gwar miasta dodawał z jednej strony Warszawie uroku. Wiki wsiadła do tramwaju i 10 minut później była u siebie w mieszkaniu. Spakowała szybko najlepsze ubrania, na każdą pogodę, trochę zakupionych wcześniej kosmetyków i najważniejszą niespodziankę dla Adama. Dostała ją rok temu od Dagmara, pierwszy raz ją założy. Były to czarne body Lescana, czarny pas Chantelle do pończoch i czarne szpilki. Planowała już niedługo zrobić Adamowi niesamowitą niespodziankę i sprawić, że tej nocy już nigdy nie zapomni. Na końcu rzeczy osobiste, sprawdziła jeszcze raz dowód, paszport i już była gotowa. W pośpiechu złapała jeszcze jabłko i jak szalona wybiegła z mieszkania, zamknęła dwa razy zamki i pobiegła na przystanek. Tramwaj był punktualnie, równo z nią, przepchnęła się przez ludzi i zajęła miejsce między siedzeniami, gdzie swobodnie mogła mieć walizkę. Chwilę później była już u Adama, które także właśnie pakował swoją walizkę, kolejną. Już pod drzwiami stała jedna torba, trzy futerały z gitarami i teczka z jakimiś dokumentami, dziewczyna odłożyła walizkę na bok i podeszła do swojego mężczyzny.



-To co robimy jak skończysz?- zapytała kuszącym głosem i pocałowała go w czułe miejsce przy uchu.



-Co tylko zechcesz.- odpowiedział czułym pocałunkiem i zapiął ostatnią walizkę. Gdy już wszystko mieli gotowe, Wiktoria złapała Horoszczaka za koszulę i zaciągnęła go do sypialni. Musiała odreagować ostatnie dni, a upojne chwile z tym mężczyzną były idealnym lekarstwem. Bała się mu o wszystkim powiedzieć i na razie nie miała nawet takiego planu, ale wiedziała, że kiedyś ten dzień nadejdzie, ale nie dziś. Dzisiaj cieszą się ostatnimi chwilami w Polsce.





_ _ _







    Samolot był już na pasie startowym, wszyscy byli już na swoich miejscach.  Bagaże schowane, słońce powoli zachodziło, reflektory na lotnisku już oświetlały drogę. Kilka słów hostessy i informacja, że samolot zaraz wystartuje. Wiktoria z sercem w gardle złapała Adama za rękę i zaczęła powtarzać coś bezgłośnie.



-Co się dzieje?



-Zapomniałam ci powiedzieć, że mam lęk wysokości.- wydukała i kurczowa zacisnęła powieki. W tej samej chwili samolot ruszył i powoli zbliżał się do odbicia od ziemi, Wiki kurczowo zacisnęła dłonie aż Adamowi zbielały kostki a twarz wykrzywił grymas bólu, ale dziewczyna tego nie widziała, za bardzo się bała otworzyć oczy.



-Spokojnie, zaraz będziemy na miejscu. Nic się nie stanie. Obiecuje.- wyszeptał jej na ucho i pocałował w czoło. Turbulencje zarzuciły całym samolotem, ale trwały tylko chwilę, parę minut później Wiki stanowczo ochłonęła i zapadła w długi sen. Była zmęczona po wczorajszych urodzinach, ale lek na sen tylko upewnił ją, że lepiej odpłynąć w objęcia Morfeusza niż zmagać się z silami  powietrza . Już kilka godzin później wylądowali na miejscu.



-Witaj Turcjo. –wyszeptał z zachwytem Adam gdy wysiedli z samolotu.


__
Przykro mi, że spóźnione, ktoś mi zrobił zamieszanie ze wszystkim, ale uratowane dane :) Krótko ponownie, długo nie było i prędko nie będzie, bo plan lekcji jest tak pięknie zrobiony, że w środę jestem od 8 do 19 w szkole i nie dam rady za często pisać. DO tego nowe przedmioty więc przykro mi. Rozdziały będą rzadziej :c Czekam na komenatrze, bo nie wiem już dla kogo ja to nawet piszę :c

środa, 27 sierpnia 2014

IX - Happy birthday



            Warszawa była zatłoczona pojedynczymi turystami, młodzieżą, która szli do domu po zakupach i tych, którzy spieszyli się do domu po pracy, a listopadowe słońce, które przebłyskiwało między budynkami ogrzewało tylko ich roztrzepane ciała i przegrzane umysły. Powoli wieczorny wietrzyk zrywał się i znikał. Adam i Wiki szli powoli do baru nad Wisłą, ale tym razem coś było innego. Cały parking był obsypany płatkami róż, gdzieniegdzie wisiały balony i tak cała droga. Dziewczyna całkowicie zapomniała o poranku, stanęła zachwycona i zdezorientowana, Adam złapał jej dłoń i powoli pociągnął do przodu, gdy przeszli próg drzwi, zza stołów wyskoczyli wszyscy jej przyjaciele i zaczęli krzyczeć niezbyt równo „Wszystkiego najlepszego” po czym zaczęli śpiewać 100 lat co wyszło im jeszcze gorzej. Na barku wisiał wielki plakat 100 lat Wiktorii, wszystko było kolorowe, na stołach obrusy, naczynia, słodycze, tort i alkohol, a pod stołami ukradkiem wystawały torebki z prezentami. Dziewczyna wzruszona ich gestem rzuciła się Adamowi w objęcia, wtuliła w jego ramiona i zaczęła płakać, gdy już skończyli podeszli do niej i zaczęli składać życzenia wręczając przy tym prezenty. Była Dagmara, był Igor, Andrzej, cały LemON znajomi z uczelni, przyjaciele z młodszych lat, pracownicy baru. Wszyscy, których znała i szanowała, a oni ją. Dziewczyna rozpłakała się na dobre, były to pierwsze od wielu lat takie urodziny. Gdy już wszyscy powiedzieli swoje dwa słowa, Wiktoria podeszła do stołu, z hukiem otworzyła szampana i honorowo pokroiła tort. Był taki jakie lubiła, zamiast czekolady toffi i z najlepszą śmietaną. Reszta się nie liczyła. Pomimo iż słońce jeszcze wzniosło się nad horyzontem, Igor zasłonił światła i w środku panował typowo imprezowy klimat, chłopcy włączyli muzykę i zaczęli się bawic. Adam najchętniej z nich wszystkich szalał na parkiecie, zapraszał to coraz nowe osoby, a za jego przykładem poszedł Igor i Bartosz- kucharz pracujący u Wiki. Pomimo, że nikt się praktycznie nie znał, bawili się jakby byli dobrymi przyjaciółmi.  

                Wiki po kilku kawałkach zmęczona padła na kanapę w samym kącie, powoli zaczęła łapac oddech, odchyliła głową do tyłu i od razu ból powrócił. Dotyk jego rąk, jego oddech, głos. Wszystko wróciło, jakby tutaj był. Dreszcz przeszył jej ciało i lodowaty wiatr… i strach. Jednak coś było ważniejsze. Dzisiaj miała urodziny, a tu jest za dużo ludzie by mogła się rozklejać. Wyrzuciła z siebie wszystkie myśli i poszła dalej się bawić, jak gdyby nigdy i nic.

                Zabawa trwała do późnej nocy, po niej wszyscy się rozeszli do domów, niektórzy sami inni nie. Niektórzy zacieśnili więzy, stworzyły grupy i razem wracali do swoich mieszkań. Gdy Adam ogarniał co nieco środek, Wiki wyszła na zewnątrz i spojrzała w górę.

-Hej tato.- wyszeptała do gwiazd. Jak na zawołanie jedna pojawiła się i zniknęła, jak zawsze gdy dziewczyna chciała z nim porozmawiać, ale nie było tak zawsze. Dopiero w chwili prawdziwego zwątpienia czy ją słyszy, a on udowodnił to spadająca gwiazdą, dopiero od tamtego dnia, gdy była już nastolatką, za każdym razem gdy z nim rozmawiała on tak się z nią komunikował. – Dziękuje, wiedziałam, że nie zapomnisz.

*  *
Muzyka pulsowała w jego głowie jak alkohol w jego żyłach, pulsowała a całej linii, a razem z nią ból po wczorajszych urodzinach. Powoli, z trudem wstał z łóżka i ruszył do łazienki. W kuchni już siedziała Dagmara i piła poranną kawę, spojrzała w jego stronę i przywitała go ciepłym uśmiechem. Igor odwzajemnił go tylko przelotnym uśmiechem, który przerodził się w grymas bólu. Blondyn wszedł do pomieszczenia z zamiarem wzięcia zimnego prysznica, ale wyszedł tylko z opłukaną twarzą.  
-Kac morderca nie ma serca.- wyszeptał i usiadł obok dziewczyny na sofie, w tle grał telewizor, ale Dagmara od razu go wyciszyła.  
-Jak się czujesz?- wyszeptała i pocałowała go w czoło. 
-Jak zdychający pies…- wydukał, ale zaraz tego pożałował. Złapał poduszkę i schował pod nią twarz. Dopiero po chwili zimny wietrzyk przypomniał mu ostatni wieczór. Zapomniał o bólu, odrzucił poduszkę i spojrzał szczęśliwie na Dagmarę.. Dziewczyna lekko się zdziwiła, więc ten położył dłoń na jej udzie i pocałował ją w usta, leciutko, z zawahaniem. 
-Świetnie się spisałaś.- wyszeptał. 
-Dziękuje.- odpowiedziała i również go pocałowała. Igor powoli położył się z głową na jej kolanach i zasnął. Mieli cały dzień do odpoczynku, bo od jutra ponownie koncerty i praca nad płytą. Musieli odpocząć, zwłaszcza Herbut. Wiki włączyła najciszej telewizję i delikatnie zaczęła głaskać swojego partnera po włosach. Ostatnia noc bardzo ich do siebie zbliżyła. To dzięki niemu tak świetnie wyszło przyjęcie, dzięki niemu nie musiała samotnie spędzać nocy w swoim mieszkaniu i dzięki nie mu następny tydzień spędzi razem z nim w busie próbując swoich sił na scenie.  Najbliższe dni zapowiadają się dla nich bardzo kolorowo. 
_  -  _
Przykro mi, że była ogromna przerwa, ale cóż. Sprawy mało istotne. Wracam z takim króciutkim, nudnym rozdziałem, tak na przystawkę :) Następny #SOON

niedziela, 25 maja 2014

VIII - To moje zasady, to twój dzień zagłady.



            Zaspane oczy próbowały wyostrzyć obraz, na marne. Dłoń na oślep szukała budzika i wyłączyła alarm. Nieprzytomna brunetka dźwignęła się na nogi i ruszyła do łazienki. Nie długo musiała się budzić. Wystarczył jej zimny prysznic.
            Dagmara szła pewnym, energicznym krokiem do baru. Otworzyła tylne drzwi, założyła bluzę i fartuch, zaczęła przygotować kuchnię do użytku. Otworzyła drewniane okno rzucające widok na jezioro, ujrzała postać leżącą na molo, ale nie zwróciła na nią uwagi, uznała, że ma przewidzenia. Gdy po chwili ponownie tam spojrzała, a postać poruszyła się, przerażona zostawiła trzymaną w ręku ścierkę i ruszyła w stronę pomostu. Gdy blond czupryna uniosła się i ujawniła twarz mężczyzny, niepokój znikł.
-Co ty tu robisz?- Zapytała siadając obok niego.
-Myślę. -Odpowiedział i ponownie opadł na deski. Daga zauważyła zeszyt leżący pod jego ręką. Sięgnęła po niego, lecz ten zaprotestował. Po krótkiej szarpaninie, brunetka dostała, co chciała. Zaczęła przeglądać strony, aż dotarła do ostatniej zapisanej.
"Coś nie pozwala mi 
Ciągle być ślepym
Na wolność ptaków
I nawet dziś
Brak tych chwil
Kiedy dobrem karmię nas"
Zachwycona tekstem spojrzała na Igora i z powrotem na zeszyt. Zaczęła przeglądać każdą stronę, zdezorientowany blondyn bacznie się jej przyglądał. Wreszcie wyrwała jedną stronę i przysuwając dłonie do chłopaka zaczęła robić żurawia z origami. Radość od razu wróciła do blondyna, zachwycony dziełem Dagmary zrozumiał jej przekaz. Nie wierzył, że po jednym przeczytaniu brunetka wpadła na tak świetny pomysł, tyle dni melodia siedziała w jego głowie i nic takiego nawet nie przeszło mu przez myśl. A ona ot tak stworzyła najpiękniejszy, najprostszy i magiczny zarazem symbol tej piosenki. Zadowolony rzucił się na nią i zaczął ją całować. Oboje śmieli się w niebo głosy, teraz nie tylko melodia i teksty krążyła po jego myślach, przed oczami miał również teledysk do tej piosenki, widział dziesiątki osób łączących się w jedności jednym małym gestem. Jednym małym żurawiem. Zadowolony świetną interpretacją dziewczyny zaczął ją łaskotać, aż oboje wpadli do wody. Zimna ciecz otrzeźwiła jego umysł i podsunęła kolejny pomysł. Nagrania będą tutaj.
_ _ _
            Aromatyczny zapach kawy i ciepły wiatr zabrał Wiktorię z objęć Morfeusza. Dziewczyna powoli wyszła spod pierzyny, włożyła ciepłe kapcie i poszła do kuchni z szerokim uśmiechem. Podejrzewała, że jej przyjaciółka, jak co roku chciała sprawić jej niespodziankę w dniu jej święta.
-Daga nie mu...- Uśmiech znikł z jej twarzy, a radość zastąpiło przerażenie.-Co ty tu robisz?
Spytała pewnym, oschłym tonem do opartego o szafkę kuchenną mężczyznę. Miał na sobie czarne spodnie i bluzę, silne, duże dłonie trzymały kubek pełen gorącej kawy, drugi stal obok ekspresu. Palcem wskazał na otwarte drzwi balkonowe. Zgarbiona postać, z twarzą skierowaną ku ziemi, ruszyła przed siebie w stronę dziewczyny. Ta cofnęła się, ale drogę zablokowała jej wysepka w kuchni. Niepokój urósł w jednej chwili, serce zaczęło bić dwa razy szybciej, a oddech miała płytki i nierówny. Mężczyzna dalej szedł ku niej, wolnym, niedbałym krokiem. Gdy dzieliły go zaledwie centymetry od dziewczyny wyprostował się, odłożył kubek i przyjął dumną, groźną postawę.
-Wszystkiego najlepszego Wiktorio.- Jego głos był przesączony ironią i wrogością.
-Co ty tu robisz?- Wydobyła z siebie cichy, drżący głos, chciała się uwolnić, ale napór mężczyzny nie ustępował.
-Jak to, co? Moja pasierbica ma urodziny, miałbym jej nie odwiedzić? –Jego dłonie powędrowały na jej plecy aż po kark. Dziewczyna odruchowo zaczęło go odpychać, ale był szybszy. Przywarł do niej całym ciałem. Krzyk wyrwał się z jej krtani, ale mężczyzna jedną dłonią zakrył jej twarz, a drugą złapał za włosy.
-Nawet nie próbuj suko.-Spojrzał w jej oczy, twarz miał zimną, surową, kości policzkowe, parodniowy zarost i nos, ewidentnie nie raz złamany, nie dodawały mu uroku. – To jak? Będziesz grzeczna?
Dziewczyna powoli z przerażeniem w oczach pokiwała głową, a ojczym zabrał dłoń i odsunął się minimalnie. Gdy wyczuł, że Wiki nie ma odwagi się sprzeciwiać, złapał ją za nadgarstek i posadził na fotelu w salonie.
-To, co? Porozmawiamy?- Blondynka wiedziała, że teraz nie może pyskować. Źle by się to dla niej skończyło. Mężczyzna rozejrzał się po pokoju. -Nieźle się urządziłaś. Kto by pomyślał, że taka zdzira może mieszkać w takim luksusie.
-Nie jest…
-Jesteś! I nie dyskutuj. Jak inaczej nazwać córkę, która zostawiła samotną matkę i wyjechała? Zdzira to i tak mało powiedziane. Widzę, że już zapomniałaś co to dyscyplina. Z twoją matką od dawna cie szukaliśmy. Jedynym tropem był ten bar. Oboje chcemy przypomnieć ci czym grozi… prawda. Ona chciała robić awantury, ale… ja mam lepszy pomysł. Z takimi gnojami nie ma co się oszczędzać. Czyżbyś już zapomniała czym kończyły się wrzaski w domu?- mówił spokojnie z nutą rozbawienia w głosie. Blondynka siedziała skulona, unikała jego dłoni wędrującej nad jej twarzą. Przed oczami miała każdą noc, każde uderzenie.-Lepiej sobie przypomnij, bo tak samo skończy się twój związek jeśli ktokolwiek dowie się co działo w naszym domu. Twoja matka myśli, że właśnie cię katuję… Ale po co? Takie ciało trzeba wykorzystać nie tylko do bicia. Żeby było jasne. Jeśli jakakolwiek sytuacja z naszego domu ujrzy światło dzienne. Oboje pożałujecie. Ty i twój chłoptaś. Sprowadza cie on na bardzo niebezpieczną drogę. Będę sprawdzał co jakiś czas czy, aby na pewno zrozumiałaś. Za twoje ostatnie zwierzenia… Mam świetną karę. Ja i moi koledzy dawno nie mieliśmy tak ładnej dziewczynki…
-Nie!
-Słucham?!- krzyknął wściekły i złapał ją agresywnie za włosy. Dzieliły ich milimetry, mężczyzna spojrzał w jej przerażone oczy i uśmiechnął się.- To moje zasady, to twój dzień zagłady.- puścił ją, wstał i ruszył do wyjścia.- Dzisiaj w prezencie daruje ci jedną noc, ale możesz niedługo się  nas spodziewać.- był już przy samych drzwiach, spojrzał raz jeszcze na blondynkę, dziewczyna nadal siedziała przerażona w fotelu.- Jak za dawnych lat, co?- odezwał się z i z hukiem wyszedł. Dziewczyna przerażona schowała twarz w dłonie i wybuchła płaczem, trzęsła się ze strachu, nie mogła złapać oddechu, a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Siedziała tak około 20 minut, aż udało się jej wykrztusić jedno zdanie.
„Tak się boje o siebie
O swój psychiczny stan.”

____
Adam zapukał do drzwi, ale nikt nie otwierał. Spróbował ponownie, odczekał kilka minut, nic. Próbował dalej, ale na marne. Spojrzał niepewnie na zegarek. Może był za późno? Może Wiktoria już jest w barze? 7:30. Był punktualnie. W głowie pojawiły się mu czarne scenariusze, zdenerwowany zaczął walić w dębowe drzwi i wołać imię dziewczyny. Ta jednak dalej nie reagowała. Nie było rady, musiał użyć innego sposobu. Wyjął z kieszeni scyzoryk i spróbował otworzyć zamek. Miał szczęście, że w młodości bawił się w złodzieja. Szybko otworzył drzwi i zdenerwowany wbiegł do domu.
-Wiki!- zauważył dziewczynę skuloną na fotelu.- Wiki, nic ci nie jest?- delikatnie starał się ją wybudzic.
-Adam?- wymamrotała na wpół przytomna, skierowała twarz ku brunetowi ujawniając rozmazany makijaż, podkrążone oczy i zaczerwienione ramię.
-Boże co ci się stało?- przerażony dotknął jej ręki, ale ta z bólu ją odsunęła.
-Ja.. Nic… Miałam lekki wypadek w wannie.
-I dla tego płakałaś?- nie wierzył jej w żadne słowo, widział, że rana wygląda na świeżą, zrobioną przez kogoś, kto ma mocny chwyt i wielkie dłonie.
-To… Bardzo bolało.
-Wiki spójrz na mnie.- dotknął delikatnie jej podbródka, dziewczyna otworzyła oczy i zrezygnowana spojrzała na chłopaka, minimalny ruch głową kosztował ją ogromnego bólu karku.
-Ał!
-Nadal uważasz, że to mały wypadek?- zapytał zdenerwowany brunet. Już wiedział, że ktoś musiał jej to zrobić, ale ta nie dawała za wygraną.
-Adam po prostu upadłam w wannie. Zahaczyłam o kant i tak wyszło. Wypadek.
-I stąd nie możesz ruszyć głową, masz siniaki na ręce, tak? I jeszcze miałaś siłę ubrać się w piżamę i tutaj przyjść? No chyba, że kąpałaś się w piżamie.- docinał mężczyzna. Wiki zignorowała jego słowa i powoli, ostrożnia wstała. Nie zważając na jego komentarze poszła do pokoju się ubrać. Adam korzystając z okazji, że jest sam zaczął szukać jakiś śladów szarpaniny, ale niczego nie znalazł. Tylko dwa kubki nienaruszonej, zimnej kawy.

___
Proszę, inaczej, groźne, ale jestem z tego dumna :) Czekam na komentarze, jak wam się podoba! :)