wtorek, 16 grudnia 2014

XI "Save me."

Po ogromnie długiej nieobecności wracam. Nie będę dodawała bardzo często, ale na pewno będę :) Przepraszam, za krótki opis pobytu w Turcji, lecz nie jestem w stanie opowiadać o czymś o czym nie mam pojęcia ;c Lekko mnie to przerosło, więc uznałam, że lepiej przejść dalej niż się męczyć. Mam kilka informacji, zapraszam po pierwsze tych co tam jeszcze nie ma na grupę! https://www.facebook.com/groups/1473573299532523
Od tej chwili również "LITAJ PTASZKO" znajdziecie na Wattpad.com gdzie również znajdą się inne moje prace. Liczę na dużą liczbę odsłon i komentarzy, wierzę, że się stęskniliście. Zostawiam was z tym o to krótkim rozdziałem, liczę na wyrozumiałość, cierpliwość i komentarze, które motywują do dalszego pisania! :)
____

Pobyt zakochanej par w Turcji minął dość szybko. Pogoda z lekka zawiodła, lecz oni cieszyli się samą swoją obecnością. Mimo to dziewczyna nie miała nigdy szansy na włożenie swojej seksownej niespodzianki dla Horoszczaka. Jednak postanowiła sobie, że pokaże mu ją zaraz po powrocie.  Adam był dosyć zapracowano więc w czasie gdy ten zmykał na kilka godzin uczyć, Wiki spacerowała po mieście. Była zachwycona pięknem tego kraju, chociaż nie tego zawsze pragnęła, cieszyła się, że w ogóle miała możliwość wyjazdu poza Polskę. Nienawidziła tego uczucia, że przez problemy finansowe czy rodzinne nie mogła wyjeżdżać poza granicę, czuła się przez to niczym więzień. Kochała Polskę, cieszyła się, że w niej mieszka jednak nie mogła znieść ograniczeń. Taki mały fetysz z dzieciństwa.

            Po powrocie do kraju Adam był wyczerpany. Już podczas lotu był nieobecny myślami i choć oczy miał otwarte, dziewczyna wiedziała, że jego umysł śpi. Wychodząc z lotniska dziewczyna złapała taksówkę i razem pojechali do jego domu. Nie chciała wracać do siebie, bała się tego co może ją spotkać. Sama myśl, że wróciła do Polski ją przerażała. W Turcji czuła się wolna, wolna od przeszłości, od teraźniejszości i niepewnej przyszłości, wolna od prześladowań, od chorej psychicznie matki i okrutnego ojczyma. Była szczęśliwa.

 Adam lekko zdezorientowany wysiadł z taksówki gdy ta tylko się zatrzymała i wyjął walizki. Wiki złapała się mocno jego ramienia i spuściła wzrok w ziemię.  Mężczyzna już dawno nie widział jej takiej przygnębionej i gdyby nie widok ulicznych meneli pewnie dalej zastanawiałby się czemu. Mocniej uścisnął jej rękę, a gdy ta spojrzała na niego odruchowo, ciepło się uśmiechnął.

-Nic się nie martw.- szepnął jej do ucha i delikatnie je pocałował.

Gdy tylko dotarli przed drzwi mieszkania dziewczynę przeszedł dreszcz. Odruchowo wciągnęła głośno powietrze i w chwili gdy Adam otwierał drzwi, usztywniła wszystkie swoje mięśnie. Jednak była pozytywnie zaskoczona, w mieszkaniu był ład, porządek i cisza. Czyli jeszcze go nie znalazł- pomyślała i uśmiechnęła się na tę myśl.  Spokojna na duszy weszła do środka i zdjęła szybko swój płaszcz. Zabrała od mężczyzny walizki i pobiegła szybko z nimi do sypialni. Położyła je w kącie pod szafą i pobiegła do mężczyzny, który właśnie zdejmował buty. Rzuciła się na jego plecy i zapiszczała zadowolona.

-A co cie ugryzło?- zaśmiał się, łapiąc dziewczynę za nadgarstki i kręcąc się w kółko przez co blondynka jeszcze mocniej zaczęła się śmiać.

-Tęskniłam za tym miejscem.- skłamała i pocałowała go w kark gdy ten ją w końcu puścił. Pod wpływem jej dotyku, przez ciało mężczyzny przeszedł przyjemny dreszczyk jednak jego umysł był zbyt zmęczony by o tym myśleć. Wiktoria jakby czytała w jego myślach wyszeptała

-No dobra, idź już spać.

-Kocham cię.- odpowiedział i pocałował ja namiętnie w usta po czym poszedł się położyć. Nie miał siły na nic, więc rzucił się na łóżko w ubrani i już po kilku minutach zasnął.





Dziewczyna zmęczona siedziała na balkonie i patrzyła w przestrzeń. W słuchawkach leciała piosenka Dawida Podsiadło „Nieznajomy”, a w jej dłoni spoczywał długopis. Na kolanach trzymała zeszyt, w którym zapisała kolejną powieść*.


            Pewnego dnia w krainie Rzeczywistej szarości urodziła się dziewczynka. Nazwano ją Maja. Żyło jej się dobrze, miała to co chciała, niczego jej nie brakowało, ale nie żyła w luksusie ! Do czasu. Po jej 9 urodzinach jej piękny świat zaczął się sypać. Wpierw znajomi od niej odeszli, później jej tatuś chciał się zabić. W noc przełomową, gdy świat rzeczywisty łamałam się ze światem Bezgranicznej wyobraźni jej mama przez kłótnię z tatą złamała barierę. 3 miesiące później, a miesiąc po 10. urodzinach Mai jej tata został porwany do krainy Bezgranicznej. Zaczęły się schody. Bariera dwóch światów zabrała ze sobą ofiarę, więc mogła się już zamknąć. Maja została sama z mamą. Rodzicielka dziewczynki płakała, na miejscu jej łez z zielonej trawy robiła się martwa, zimna ziemia. Drzewa dookoła umierały. Razem z nimi, umarła i matka, gdyż nie mogła pozbierać się po utracie swego ukochanego. Maja została sama. Miała dopiero 13 lat gdy zdecydowała, że rezygnuje z życia w Mieście Ludzkim i uciekła do Lasu Podróżnych. Chciała naprawić chociaż tam to co zrobiła jej matka. Jej ciało pochowała w jeziorze, na pięknej łajbie. Ziemię pielęgnowała, drzewa również, modliła się do Boga Życiodajnego by odwrócił ból matki w wieczny jej spokój. Tak co dnia. Życie Mai przemijało, czas nie cofał się, jej młodość i uroda ulatywały z każdym dniem. Wybił dzień jej urodzin. Jej 18. urodzin. Maja już nie miała tyle siły, wyczerpana życiem, pracą i samotnością spoczęła pod wielkim dębem gdy ujrzała ponownie swego ojca, lecz nie żywego. _Maju. Dajże spokój.- zaczął- To co tutaj się stało nie zniknie, to co było nie powróci. Łzy twej mamy pochłonęły życie z tych roślin. Świat kolorowy bez twej matki nie istnieje. Kraina Rzeczywistej Szarości dopiero teraz pozna co oznacza jej nazwa. Nic z tym nie zrobisz. Nie marnuj swego życia. Zmarnowałem Ci jego cześć, nie marnuj sobie przeze mnie reszty ! Wróć do Miasta. Tam jeszcze jest nadzieja dla ciebie ! Nadzieja na zmiany ! Lecz uważaj, to już nie to Miasto co znałaś ! Na do widzenia mogę ci powiedzieć tylko jedno słowo. Wybacz.- powiedział już szeptem, zawiał wiatr i jego ciało rozwiało się wokół Starego Dębu. Wtedy Maja zrozumiała, że siedziała pod Dębem Dusz. Dlatego jej ojciec wyszedł do niej. To nie był przypadek. Zgodnie z poleceniem ojca zabrała zioła i suknie i ruszyła do miasta, lecz to co tam zastała przeraziło ją bardziej niż mogła sobie wyobrazić !

Weszła do miasta uboga, rozwiane jej włosy były rude i nieuczesane. Na sobie miała jedynie zwiewną suknię i pantofelki z trawy, na ramieniu miała torbę, w której miała cały swój dobytek. Wchodząc do miasta pierwsze co poczuła to smród. SMRÓD tak wielki, że nie mogła tam wejść nie zasłaniając ust. Pozostawiając to Miasto było ono czyste, kolorowe, wesołe, pełne pięknych drewnianych chat, uliczkami przejeżdżały bryczki, ludzie często podróżowali wierzchem. Wieczorem zapalano świeczki, ludzie byli wiecznie uśmiechnięci. Teraz widziała wielkie szklane budynki, dziwne, twarde ulice, głośne kosmiczne pojazdy, Wszędzie paliły się diabelskie lampy ! Najbardziej jednak przerazili ją ludzie ! Wcześniej byli jak ona, naturalni, zadowoleni. Teraz jeden człowiek był smutny, chudy, ubrany jakby żył w chlewie, drugi zaś jak Bóg Życiodajny ! Lecz uśmieszek miał złośliwy patrząc na żałosnego biedaka. Na każdym kroku Maja wyczuwała nienawiść. Nienawiść dwóch osób. Ojciec jej rzekł, że tutaj są nadzieje na zmiany. Maja tej nadziei nie widziała. Szła przerażona ulicą, bała się nowości i ludzi. Bałą się hałasu. Ludzie patrzeli na nią jak na Demona. Maja tego nie rozumiała. Szła patrząc w dookoła na otaczające ją istoty, bała się o nich powiedzieć ludzie, bo nie wiedziała czy to na pewno oni. Ktoś podłożył jej nogę, a ona upadła na kolana i łokcie. Z rąk polała się krew. Błękitna krew. Jedni spojrzeli na to jak na coś niewyobrażalnego, drudzy tylko się śmieli. Maja przerażona jeszcze bardziej złapała się za ranę i zaczęła uciekać w głąb miasta. Biegła płacząc, ze smutku i bólu, gdy nagle wpadła na kogoś. Spojrzała przed siebie i ujrzała wielkie ramiona. Przestraszona odskoczyła, ale właściciel ramion chwycił ją za zranioną dłoń i zaczął coś szeptać. Spojrzała nieco wyżej i ujrzała piękną, nieskazitelną twarz. Właściciel ramion miał brunatne, krótkie włosy, lekki zarost, idealny nos, szerokie usta i kościstą, lecz mimo to piękną budowę twarzy. Najbardziej jednak uwiodły ją oczy. Jaskrawe, błękitne jak ocean, a jednak kryło się w nich coś mrocznego, tajemniczego coś... seksownego. Patrzyły na nią teraz ze zdziwieniem i troską zarazem. Dopiero gdy poczuła ponownie ból tylko mocniejszy wróciła do realnego świata.

-Co ci się stało ?- mówił cicho i spokojnie trzymając dalej jej ranną rękę.

-Ja... Ktoś mi... Upadłam.- powiedziała niepewnie, cichym, lękliwym głosikiem. Czuła się jak jaskółka w klatce.

 -Upadłaś ? Tak po prostu ? Przecież widzę, że masz wbite w rękę szkło, jesteś przerażona, cała się trzęsiesz. Co się stało ?

 -Nic... Ja tylko...-Nie wiedziała co powiedzieć. Nie umiała przyznać, ze ktoś zrobił jej to specjalnie.- Upadłam.

 -Ehh...-westchnął tylko i spojrzał na nią ewidentnie zmieszany.- No dobrze. Nich ci będzie, ale i tak ktoś musi ci to opatrzec.- czekał na odpowiedź, lecz Maja nie widziała co odpowiedzieć, spojrzała tylko smutno na ziemię, mężczyzna najwyraźniej zrozumiał o co jej chodziło. Bynajmniej po części.- Okej, chodź ze mną. Ruszyli razem przez wielkie Miasto.

Teraz Maja było już mniej zlękniona. Dopiero teraz poczuła ten mały promyk nadziei na uratowanie Rzeczywistej Szarości.

Dopiero po kilku minutach zrozumiała, że to o nim piszę. To on był tym, który ją uratował. Wiedziała też, że to on ją uratuje przed jej ojczymem. Nawet jeśli ona będzie to ukrywać, on i tak się o tym dowie. Wierzy też, że jej pomoże. Boi się tylko za jaką cenę. Teraz jednak wiedziała, że nie musi się już bać świata, bo wie, że z nim, z Adamem uda jej się pokonać wszystkie przeciwieństwa losu. Nie wierzyła, że po śmierci jej ojca kiedykolwiek zazna tego uczucia, uczucia bezpieczeństwa. Nawet nie zauważyła gdy porwał ją Morfeusz.


* Opowiadanie jest mojego autorstwa więc zakazuje jego kopiowania i wykorzystywania w jakimkolwiek celu bez mojej wiedzy i zgody.